TAK! >> piątek, 27 marca 2009 00:13:45
Jestem jak Rosja - nawet jak przegrywam, to wygrywam!!!
komentarze [3]Faza III - godzenie się z zaistniałymi faktami >> niedziela, 19 października 2008 18:20:24
III Wojna Ważna
Data rozpoczęcia - 9.09.2007
Data zakończenia - 17.10.2008
I bitwa - Głuchołazy (24.09.2007-28.09.2007).
Strony walczące: Aeon i One razy 3
Zwycięzca - Aeon.
II bitwa - LO2 Opole, klasa 4 (21.12.2007)
Strony walczące: Aeon i A.
Zwycięzca - Aeon
III bitwa - wszędzie, gdzie były strony walczące i przedmiot walki (17.03.2008-26.05.2008).
Strony walczące: Aeon i A.
Bitwa trwająca bardzo długo. Krwawa, zacięta. Strategią było zaprzyjaźnienie się z wrogiem.
Zwycięzca: Aeon.
IV bitwa - Kraków (5.06.2008)
Strony walczące: Aeon i S.+C.
Zwycięzca - Aeon.
Akcje zdobywcze (6.06.2007 - 16.10.2008).
Każda dawała Aeon szansę i nadzieję na zdobycie przedmiotu walki. Sam przedmiot walki WYRAŹNIE dawał do zrozumienia, że chce zostać przejęty - werbalnie i niewerbalnie.
17.10.2008 - ostateczna próba zdobycia.
Zdobywca - Aeon.
Rezultat - przegrana.
Wygrane bitwy: 5, remis - 1. Rezultat wojny - przegrana. Zysk - przyjaźń (buahahahahahahahaha).
I'm miserable fighter.
komentarze [5]. >> niedziela, 5 października 2008 11:48:02
One day of the year of the fox potoczyła się rozmowa na temat romantyzmu między mną a młodzieńcem, co jak twierdzi nie zna się na niczym, poza muzyką. Opowiadał mi, jak to nieszczęśliwie się złożyło, że kazano mu czytać (a czytać wybitnie nie lubi. Chyba, że tabulatury gitarowe) "Cierpienia młodego Wertera", gdy czuł się rozmemłany uczuciowo jak główny bohater. I dodał, że zapewne ja również tak trafię. I znowu miał rację.
In fuckt już dawno temu skończyliśmy przerabiać tę oto epistolarną i (moim skromnym zdaniem) mało sensową książkę, ale od tamtej pory werteryzm wryty siedzi w moim sercu i po prostu nie mogę się go pozbyć! A chciałabym. Nie bawi mnie rozdrapywanie ran, które zaczynają się goić, kontemplowanie swoich niepowodzeń i cierpienia. Nie kocham cierpieć, jak ten Werter, co to nie mógł sobie poradzić z tym, że nie chcą go, bo ma mieszczańskie pochodzenie. Bo podobno on z miłości się nie zabił. Może miłość nieszczęśliwa mu tylko pomogła? Dziwne… Chociaż… Wiele rzeczy mi się nie udaje, a uczuciowe sprawy tylko „polepszają” moje samopoczucie. Sweeeeeeet. Nie ma co.
A On też mi powiedział, że czuje się jak Werter. Dwóch Werterów i dogadać się nie mogą…
Zwalmy wszystko na (nie, nie tym razem na rock ‘n’ rolla :P) jesień. Dobija mnie jesień. Dobijają mnie spadające w kałuże kolorowe liście. I ten przenikliwy wiatr. Dobija mnie to, że muszę chodzić do szkoły. Chociaż w szkole zakumplowanie się ze studentem z angielskiego, co to jest hard & heavy było baaardzo pozytywne. Ale to, że we mnie siedzi Werter jest bardzo mało pozytywne. Nie chcę go! Czuję się, jakby mnie opętał jakiś demon. Kurwa. Potrzebuję egzorcyzmów!
komentarze [9]Heaven and Hell! >> niedziela, 14 września 2008 11:39:59
2 tygodnie za mną. Ledwo żyję. Start był o niebo lepszy niż zeszłoroczny pod względem ocen, ale nie oceny czynią człowieka szczęśliwym (przynajmniej mnie). Rozmyślanie o Nim doprowadza mnie momentami do szału. Dobija mnie po prostu zachowanie wskazujące na to, że jednak coś do mnie ma, a z drugiej strony jednak nie. W ogóle facet - co to ma być? To takie coś, co nie wie, czego chce, a najlepsze - boi się powiedzieć, o co mu chodzi.
Koniec z feminizmem.
Ostatnimi czasy w moich głośnikach bardzo, bardzo często pojawia się Black Sabbath. Jakiś miesiąc temu nie tknęłabym nawet ich nagrać. A tu co? To, iż zapomniałam, że w BS swój epizod miał człowiek obadarzony najbardziej metalowym głosem na świecie (i poza nim), czyli Ronnie James Dio. Jest naprawdę wielu świetnych, heavymetalowych wokalistów, ale moim zdaniem tylko Ronnie potrafi wycisnąć z metalu to, co trzeba! Jest nie tylko Świętym Nurkiem, Tęczą w Ciemności czy Świątynią Króla. To Piekło i Niebo!
Dzisiaj w Opolu mieli zagrać Scorpions. Za darmo. Pod... centrum handlowym. Zamiast nich jednak zagrają Alphaville. I Bogu (Szatanowi czy komu tam), że Pan Meine ze spółką nie stoczyli się na takie dno. Dobra, to Alphaville to jeszcze jakoś rozumiem. Ale Scorpions? TO SCORPIONS? Tak się komerycjnie zniżyć... Nawet nie wiem, nad czym się oni zastanawiali, kiedy im to zaproponowano... Ktoś może powiedzieć, że mi to łatwo, bo byłam już na ich koncercie, widziałam ich, słyszałam, jak śpiewają. Nawet, gdyby Bon Jovi dali taki koncert (a ostatnimi czasy mam wrażenie, że Jon robi wszystko dla kasy), to zastanawiałabym, czy pójść. Najgorsze by było to, że atmosfera nie byaby raczej rock 'n' rollowa. Przyszliby tam ludzie, którzy normalnie poza "Wind of change" i może "Still loving you" nie znają ani jednego utworu. To nie byliby ich fani, tylko osoby, które przyszły, bo było za darmo.
Powracam do słuchania Dio. A co.
komentarze [7]End of summer days... >> niedziela, 31 sierpnia 2008 15:57:26
... ... jak śpiewali Tyketto. Koniec życia, początek czegoś, czego nawet życia połówką nazwać nie można lub przynajmniej się nie powinno. Jutro powitają mnie dobroduszne twarze moich kochanych nauczycieli życzących mi miłego rycia (napisałam przed chwilą "wycia"... takowe też zapewne będzie). Druga klasa LO... coraz bliżej matura i wizja nie zdanej obowiązkowo matmy are coming. Ale póki co mam coś, czego mi nie odbiorą - wspomnienia z the wildest wakacji, jakie miałam ;]. Zwiedziłam świat dookoła (no dobra, kawałeczek Europy), poznałam pełno dziewczyn (i chłopaków ;]), kochając, żyjąc, ciężko było mnie utrzymać na miejscu! Podziwiałam wiele widoków, dużo szalonych nocy, odprawiałam rundki po knajpach :D. W ogóle zastanawiające jest to, że jeszcze żyję! Nigdy nie zmarnowałam czasu, nigdy nie straciłam rytmu, a całkowita satysfakcja zawsze była gwarantowana :).
Tak najkrócej mogę opisać moje wakacje. Właściwie zrobili to za mnie Scorpions ;]. Dodatkowo powiem, że zaczepiłam się o kilka wydarzeń i przeżyłam około 54 koncertów (chociaż niestety na DVD) i stałam się prawdziwą obywatelką rock 'n' rollowego światka. I nie mam zamiaru się tego wyzbywać (pozbywać? :P)!
A teraz koniec! Żegnaj wolności, żegnajcie góry, żegnaj basowa gitaro, żegnaj morze, żegnaj Jacku Danielsie w niestosownej ilości żegnaj chodzenie spać o 5.00 i wstawanie o 15.00!
But I don't mind and I don't worry. I will survive!
I tym Dokkenowym akcentem kończę krótką notkę. Dlaczego? Idę korzystać z ostatnich godzin wolności! It's the final countdown!
komentarze [6]THIS IS MY GENERATION! >> czwartek, 3 lipica 2008 14:26:16
Gorky Park od samego rana przypomina mi, że to MOJE pokolenie i niech mi zwisa, jak było w dawnych czasach. Bo już mi się rzygać chce od tego rodzicowego "kiedyś, to...". THIS IS MY FUCKIN' GENERATION! Chociaż... lata 80' w USA (bo chyba nie w Polsce -.-) to mogło być coś... Nikt by się ze mnie nie śmiał, żem glam.
No.
Co ja mam? A tak. Wakacje. Przez to, że mylog olewał mnie za każdym razem, gdy chciałam coś napisać (a to już dobre kilkanaście razy), nie mogłam wylać swojej euphorii (w sumie mogłam wylać... perfumy o tej nazwie dziś na siebie. Równie piękne jak drogie) z pokazania gestu Mr. Kozakiewicza mojemu fuckin' LO. Cóż, pierwsza klasa zakończona wynikiem 4.5 (czyli spadek o niecałe 1). Jest to zajebongo wynik jak na te ociekające krwią, przemęczeniem i litrami kawy miesiące tzw. nauki.
Dzięki wolnym dniom mogę w końcu ruszyć na swoją "Gypsy Road", która "can't take me home" ;). Poczuję w końcu we włosach wiatr (nie, nie zmiany :P. Chociaż może...) wolności.
W ogóle jedną z większych zalet wakacji jest to, że w końcu mogę obejrzeć wszystkie koncerty, które tak pracowicie ściągałam tfu., zbierałam cały rok. Póki co, idę zaliczać chyba 5 raz Peace Moscow Music Festival. To była jazda ;]. Być tam... zajebongo sprawa.
No patrzcie... odchodzę od tematu. Na pracy maturalnej byłyby odjęte punkty za treść.
PIERDOLE NO!!!
Co ta szkoła robi z ludźmi... Koniec. MOSCOW CALLING!
Życzę miego opierdzielania się. Mamy na to tylko ponad 2 miesiące.
komentarze [5]Scorpions - sprawozdaniorecenzja z koncertu >> niedziela, 25 maja 2008 11:55:14
Jako przedstawicielka klasy humanistycznej, moje wrażenia będą zawarte w całej, przydługawej sprawozdaniorecenzji.
Pech, pech xD.
Chciałam nie opisywać swoich poskorpionsowych wrażeń, bo ludzie w moim otoczeniu przeze mnie nienawidzą tego zespołu, gdyż nie dbałam specjalnie o to, czy komuś już mówiłam o takich, już kultowych, hasłach jak kottakowe „zajebiszcie” czy (niezrozumiany przez cały tłum) „rozkurwiel”. Długo mogłabym mówić o klasycznym schenkerowym kiwaniu się, które zawsze chciałam na żywo zobaczyć, o zawadiackim spojrzeniu Matthiasa Jabsa czy w końcu o basowych umiejętnościach ‘Pawla Maciwody’.
Ludzie, walnijcie mnie ktoś!!! Konkrety, konkrety…
No więc (od tego zdania się nie zaczyna but I am fuckin’ rebel) w Ostrowie byłam już o 10.00. Po zajęciu dogodnego miejsca przy jakiejś ulicy niedaleko parkingu poszliśmy, jak to powiadają mieszkańcy mego osiedla, „obczaić” co, gdzie, jak, kto, po co. Po zrobieniu tego (była 14.00) poszłam już z siostrą i Liliowcem czekać pod stadionem. Żar lał się z nieba, więc zarzuciłam na głowę swoją kurtkę poszukując skrawka cienia. Znalazłam go przy samiutkiej bramie wejściowej, gdzie było już nieco fanów. „Wszyscy mają koszulki ze Scorpionsami…” – pomyślałam widząc migające przede mną logo płyty Blackout czy innych. Oczywiście zaczęłam wyszukiwać „czegoś małego w okularach i koszulce z 'Acousticą', ewidentnie bez ekipy”. I znalazłam. Ale głupio było się odezwać… bo jakbyś to nie była Ty, 99, to by było śmiesznie xD. Jednocześnie wiedziałam, że będę żałowała, że tego nie zrobiłam, no ale.
Usiadłam obok mężczyzny młodego, gdzieś 20-letniego. Później okazało się, że jest ode mnie młodszy… eee, cóż. Porozmawialiśmy i oczywiście okazało się, że jak ma na imię? Mateusz! Tak, każdy black/hevy/glam/itd. metalowiec, jakiego spotykam, nosi to imię.
Wybiła „Hour 1”, a właściwie 16. Strategicznie posunęłam się z ekipą do przodu i byliśmy przy samiutkim wejściu. Coś tam mignęło dotyczącego braku aparatów i późniejszego wpuszczania. Zostawiliśmy swój w samochodzie, po czym ochroniarze stwierdzili, że można je mieć. Nie będę rozwodziła się na temat ochrony, której kompetencja (wszystkich razem!) mieściła się w ziarnku fasoli. Przynajmniej podczas tego półtoragodzinnego (czy może mniej? Albo więcej?) czekania pośmialiśmy się z ludzi. Między innymi z tego, że ochroniarze nie potrafili otworzyć bramy. I doszliśmy do wspólnego wniosku, że właśnie dlatego ludzie uciekają do Irlandii.
Nastała jednak ta upragniona 17.30 (chyba, bo nie pamiętam). Ruszyłam pędem nie bacząc na moich towarzyszy, szybka kontrola i już byłam w swoim sektorze B. SAMA. Dogodnie wybrałam miejsce na samym prawie środku przy samej barierce, żeby wszystko doskonale widzieć. Piękna, ogromna scena wywarła na mnie duże wrażenie. Z zazdrością patrzyłam, na tych (między innymi „małe w okularach i koszulce z ‘Acousticą’” ;]), którzy dostali się pod samiutką scenę. Bo gdybym miała bilet na ten sektor, to też bym się tam dostała. Cóż… jednak nie narzekałam – zajęłam najlepsze miejsce, jakie tylko mogłam.
O 18.30 zaczął grać support – Oddział Zamknięty. Arcygenialna zabawa z zespołem, którego w ogóle nie słucham, ale którego kawałki znałam i śpiewałam. Wokalista Cezary Zybała-Strzelecki był fenomenalny – on i jego teksty w stylu „support ma przejebane” czy „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść” rozbawiły i podkręciły publiczność. Gdy skończyli, zaczęło się wielkie oczekiwanie na gwiazdy wieczoru. Żeby umilić czas organizatorzy puścili kawałki rockowe. Było „Love in the elevator” Aerosmith, a nawet puścili jeden kawałek Cinderelli, co mnie baaaardzo zaskoczyło. Niech im podziękują chłopcy z Mötley Crüe, bo dzięki temu, że puszczono ich „Rattlesnake shake” nagle spodobał mi się ten utwór, którego przez długi czas nie znosiłam. Niektórzy ludzie przyszli uzyskać odpowiedź na pytanie trapiące ich od wieków…
… a ja chętnie do nich podchodziłam i udzielałam odpowiedzi ;). Dzięki konwersacji z zakłopotanym lepiej minął mi czas oczekiwania na Scorpions.
Ani się obejrzałam, a na scenie były już inne światła, reklamy przestały być wyświetlane na telebimach. Zabrzmiała melodyjka z końca kawałka „Humanity”. Taaak, pisząc to przeszywają mnie cholerne dreszcze, bo tak się wtedy czułam. Za perkusję wskoczył James Kottak i zaczęło się show. Pierwszy kawałek, „Hour 1” był wręcz wydzierany przeze mnie i me dwie towarzyszki. Nie chce mi się pisać o tym, że do końca koncertu mój sektor w ogóle się nie rozkręcił – skakałyśmy tylko my, a reszta stała i nawet nie śpiewała patrząc się na nas jak na kretynki.
Nie pamiętam dokładnie, jakie kawałki były następne. Chyba „Coming home” i „Bad boys running wild”. Mniejsza o to – zagrane fenomenalnie. Byłam, jestem i będę pod ogromnym wrażeniem możliwości wokalnych Klausa Meine, który z wiekiem w ogóle nie traci swojego pięknego głosu. Żeby się nie rozdrabniać (bo nudno się takie rzeczy czyta) powiem tylko tyle, że grali dokładnie to, co chciałam: „No pain no gain” (prawie się dusiłam – tak głośno krzyczałam frazę „NO PAIN NO GAIN!!!” ;]), „Send me an angel”, „Still lovin’ you”, „No one like you”. Bycie częścią tłumu śpiewającego „Holiday” było moim marzeniem od kiedy dostałam płytę „World wide live” i to marzenie wtedy się ziściło. Pod koniec wiadomo – „Wind of change”. Wszyscy, którzy nie wypalili ich podczas „Still loving you” czy „Send me an angel”, zapalili sztuczne ognie. Zrobiła się przecudowna, magiczna atmosfera. Na końcu Scorpionsi zafundowali mi to, na co czekałam chyba najbardziej – „Rock you like a hurracaine”. Podczas tego kawałka nocne niebo pokryło się piękniejszymi fajerwerkami niż na niejednym Sylwestrze. To było coś pięknego, genialnego, niesamowitego.
Co tu podsumowywać… wszystko powiedział James Kottak ;]. „ZAJEBISZCIE”! No i przeca… „Ostrów kick ass!” ;]. Ale naprawdę – najlepszy koncert, na którym byłam. Nie wiem, czy zadecydował o tym może formaty gwiazd. Ale nie wypominając niedociągnięć organizacyjnych każdemu życzę takiego koncertu, bo to piękne przeżycie, które zostanie na zawsze.
:)
komentarze [8]"Shuffle it all... >> niedziela, 11 maja 2008 14:29:33
...pack up your life again" śpiewa w tej chwili Izzy Stradlin. Od kilku dni mam niesamowitą fazę na twórczość byłego gitarzysty Guns N' Roses. Przez owego (niegdyś i również obecnie genialnego) wzięło mnie na homoviatorskie wędrówki...
"It's a long and winding road
Sure enjoy the view, yeah..."
Odliczam dni, godziny, minuty, sekundy do wakacji. Żeby tylko wyruszyć... żeby tylko być znowu w drodze. Bo ja nie mam swojego domu. Dom jest tam, gdzie się chce wracać. A ja generalnie nie chcę wracać nigdzie. Nie mam takiego jednego miejsca, gdzie mogłabym spędzić całe życie. Z drugiej strony... chcę zawsze być w drodze. Może mój dom jest w takim razie wszędzie? Wdzędzie, gdzie jestem? Niczym bohater wiersza Norwida "Pielgrzym" mogę mieć "dom mój ruchomy z wielbłądziej skóry”... Tak, coś by w tym było.
"If you want to see it
Just slow down"
Zagubić się na jakiejś drodze... tam, gdzie nie liczy się dokąd, nie liczy się gdzie. Liczy się z kim. Z gitarą, z muzyką, z bagażem życiowych problemów i rozterek, ale też radości i chęci poznawania. Kiedy będzie już ten czerwiec... ja chcę iść. Iść przed siebie!
A już prawie stałam się idealnym "nerdowskim" produktem nauczania. Na szczęście ten pan mnie uratował
Dzięki, Izzy!
komentarze [3]BED medicine xD >> piątek, 4 kwietnia 2008 13:27:30
Zauroczona TOTALNIE ojcem chrzestnym! Oczywista chodzi o soundtrack do tego filmu. A jeszcze ściślej - najsłynniejszy temat w wykonaniu Slasha z Guns n' fuckin' roses!
Tydzień choroby prawie mija. Z jednej strony było fajnie - mogłam wstawać o 11.00, słuchać muzyki do woli, gwałcić baśkę (która to zamiast pięknie grać - wyłła niemiłosiernie). A propos! Obraziła (czyt. rozwaliła) mnie kurna nonsensopedyjna definicja basisty. Albo raczej to, co zostało napisane przy definici gitarzysty xD.
No i słodkie nicnierobienie nie było takim nicnierobieniem jak się wydaje. Zaległości, zaległości i fuckin' zaległości!
Leżąc sobie i wydmuchując zawartość zainfekowanych dróg oddechowych stwierdziłam, że zafarbuję włosy na czerwono! I to będzie taka zajebista czerwień, a co! W tym kolorze będzie mi chyba lepiej niż w mckaganowym blondzie xD. Będzie pasować do baśki i wtedy NIKT nie napisze, że basista ma lichy wygląd i go nie widać ;]. Mnie będzie widać!!! A co!
Tylko najpierw nauczę się grać...
No a rodzicielkę postanowiłam postawić przed faktem dokonanym.
A tera powrót do Ojca Chrzestnego by Slash.

No właśnie.... Gdzie Tak samo jak gdzie Duff, Slash i Steven. Zamiast szlajać się po innych kapelach powinni zebrać się do kupy, walnąć Axla w łeb i razem nagrać nowy album!
O.
komentarze [10]"No, panie Lynch..." >> wtorek, 25 marca 2008 18:30:49
Szkoda, że w miejscu w którym się znajduję jest tyle osób. Joe Eliott głośno śpiewa, ale mimo tego nie mogę krzyknąć razem z nim, wtopić się w chór i razem z nimi wyć "Do you have a heart of stone? Without you - can't stop the hurt inside when love and hate collide..."
No kurwa znowu. Zyskałam kolejnego "przyaciela, bo powiedział, że taką osobą jednynie może dla mnie być. Chyba poharatane kolana to nie jest jedyny powód...
Ha! Kolejny raz przyłapałam się na rozmowie z Georgiem Lynchem. Przepraszam: z PANEM Georgiem Lynchem, bo nie jesteśmy jeszcze na "ty". Cóż, niektórzy gadają z rodzicami, rodzeństwem, przyjacielem, psem, piłką, gitarą, a ja gadam z plakatem ex-dokkenowego gitarzysty. I co mu powiedziałam? Że nienawidzę facetów, po czym sama dokonałam wielkiego odkrycia - Lynch jest facetem! Fak, fak. Powinnam go zdjąć z tej ściany i podrzeć na drobne kawałeczki. Ale go szkoda... zdobi mi pokój.
Tralalalalala, trzymam faceta na ścianie, żeby moja kanciapa jakoś wyglądała. No co. To przynajmniej namiastka tego, co ON robi ze swoją dziewczyną. Trzyma ją sobie na ozdobę, żeby ładnie z nim kurwa mać wyglądała! Ja lubię do ubrania dobrać kolorową bandamkę, a on dziewczynę.
Gówno prawda - on ją kocha.
W święta trochę powyżywałam się na pisankach i przyodziałam je w należyte ozdoby :]. To tylko jedno zdjęcie, a było tych jajuszek więcej. Niestety ktoś brutalnie mi je zeżarł!

Rockowa była to Wielkanoc!
komentarze [6]- >> sobota, 8 marca 2008 20:26:01
Ha, że czuję się pusta w środku jak czekoladowy zajączek wszyscy wiedzą. I że matma doprowadza mnie do szału też. I że nienawidzę swej szkoły - też.
Kumpel ma w opisie "Dziś dzien w którym otwierają sie wrota piekieł i wychodzą demony!" - czyli odnośnik do Dnia Kobiet. Chciałabym być facetem. Bo oni mają łatwiej. Lepiej. To oni wybierają, nie kobiety. To im się nie dziwią, jeżeli ich kolana są poharatane, wybacza się im gdy nie pościelą łóżka, nie nauczą się, nie uczeszą się, źle napiszą sprawdzian, są wulgarni, buntowniczy i mają blizny. I gdy mają nastrojową nizinę nikt się z nich nie naśmiewa, że przeginają i że są emo. Mają łatwiej. Dużo łatwiej.
A teraz zgadnijcie, co się stało.
O, właśnie.
Zmieniłam szablon. Codziennie siadam sobie pod tym drzewem.
komentarze [5]Child of the damned >> niedziela, 24 lutego 2008 20:06:50
Jezu, 17 stopni dzisiaj było...
Jeszcze nigdy w moim krótkim życiu nie zdarzyło się, żeby tak bardzo wszystko było mi obojętne. "Nie pomalowałaś się dzisiaj" - no i co? "Przez cały przyszły tydzień masz codziennie sprawdziany" - no i co? "Masz flanelę ubraną tył na przód" - no i co? "Norwegowie zajęli trzecie miejsce dzisiaj w drużynówce" - no i co? "Jedziesz na koncert Mety!" - no i co? "Życie ucieka ci przez palce" - no i co?
Nizina nastroju wspomagana jest kawałkiem "Children of the damned" Iron Maiden. Kapeli nie lubię, ale lubię ten kawałek w wykonaniu Sebastiana Bacha.
"(...)
On kroczy niczym martwy mężczyzna
Gdyby żył, mógłby nas wszystkich ukrzyżować.
Teraz stoi na swym ostatnim stopniu
Myślał nie pamiętając, że to kusi nas wszystkich.
Dzieci przeklętych."
komentarze [10]Ferie! Jupi! Hura! Hę? >> niedziela, 10 lutego 2008 02:00:01
Uwieeeeelbiam, gdy okazuje się, że facet się mną bawi. Uwielbiam też dowiadywać się, że zostałam uwiązana wokół palca. Uwielbiam tę sytuację, gdy ideał zabiera mi mój ideał. Uwielbiam, gdy czuję, że tracą znowu szansę...
Kocham rozpoczęcie się ferii zimowych (prawie jak zima) ze świadomością, iż mam do zrobiena tonę zadań...
E tam.
Don't cry.
JUST SUCK!!!!
Facetów i matmę w szczególności.
komentarze [3]Such a nie-lovely place without lovely face... >> sobota, 26 stycznia 2008 21:55:30
Kocham soboty. Słodkie, że się poetycko wyrażę, opierdalanie się. Jeszcze w gimnazyjum miałabym wyrzuty sumienia co do nieodrobienia góry lekcji i nie nauczenia się na górę sprawdzianów. A teraz mam to serdecznie w wiadomym miejscu. I to nie jest, jak było w "Hotel california" The Eagles, "lovely place".
Taaaaaaaaaaaak. Leżeć sobie na podłodze pośród kartek z niedokończonymi dziełami, tuląc basówkę, trzymając szklankę z soczkiem pomarańczowym, który jest jakoś dziwnie kwaśny, słuchając ballad w stylu "Paradise" Tesli, marząc o graniu w kapeli, o byciu szczęśliwym i o tym, żeby mieć wszystko w tym nie-"lovely place". Ale przeciw "lovely face" nic nie mam. Ba! "Lovely face" by się przydała. I razem mielibyśmy wszystko w nie-"lovely place".
Ech Ty Lilijo jedna... Nie chciałam Cię absolutnie urazić, ale zazdrość zżera mnie kawałek po kawałku. Cieszę się Twym szczęściem - to oczywiste. Ale jednocześnie naprawdę chciałabym być tak szczęśliwa, jak Ty jesteś teraz. Ale ja to Axl Rose śpiewał "Need a little patience, just a little patience..."
komentarze [7]Through constant pain disgrace... >> czwartek, 10 stycznia 2008 14:38:43
... the young boy learns their rules. Jak to Lilija VH ma w opisie.
Skończyło się wraz z ropoczęciem się nowego półrocza bycie unbreakable. A ja sobie mówię tak: mam jeszcze 6 miesięcy. I to ze wszystkiego mi idzie dobrze. Tylko nie z &^^%(^&%$#$^&(*& matematyki. Ha, jakby mi ktoś powiedział w gimnazjum, że będę się modliła o 2, to bym popukała w czółko. A teraz Wy puknijcie mnie, bo chyba (brak części tekstu).
No właśnie... mój, jakże cudny, nauczyciel od brzdąkania na basówce od razu zaznaczył, że wybieram: albo bas, albo szkoła. Do tego dopowiedział, że ferie zimowe i jeden miesiąc wakacji doesn't exist, bo basówce trzeba poświecić czas. W sumie ma rację, bo skoro przez nieciekawe oceny w szkole mam do niczego nie dojść, to przynajmniej będę umiała grać na basie. Zaciągnę się do jakiejś (w sumie nie jakiejś - podwaliny są) kapeli i, nie mając papierka ukończenia jakiejśtam szkoły, będę żyła z dnia na dzień z piątakiem w kieszeni, gitarą na plecach i butelką wina w łapie. I będziemy grali tam, gdzie będą nas chcieli. Jak nie będą chcieli, kiedyś zginiemy.
Koniec!
Zgłosiłam się na WOŚP. Dlaczego? Nie wiem... chyba nie dlatego, żeby komuś pomóc, bo Wild Child jest co chwilę wykorzystywana przez swoją chęć noszenia pomocy innym.
komentarze [12]